Sąd Ostateczny, inaczej zwany Odrodzeniem lub Zmartwychwstaniem. Dwudziesta karta Wielkich Arkanów Tarota.

Zastanawia mnie zawsze skłonność innych do decydowania o tym, co jest dla mnie lepsze. Od polityków i księży, którzy wchodzą we mnie i sprawdzają stan mojej macicy o przyzwolenie nie prosząc, po znajomych (dziwnym trafem – też mężczyźni! Czy w każdym drzemie Przyczajony Ksiądz, Ukryty Biskup?), którzy lepiej ode mnie wiedzą, czego potrzebuję, a co może mi zaszkodzić.  Chciałabym wierzyć, że intencje faktycznie są szczere i z troski najgłębszej wychodzą, obawiam się tylko, że aż takiego ogromu naiwności w sobie nie noszę.

Ostatnio przeżyłam jednodniowy kryzys, poddałam w wątpliwość wszystko to, na czym buduję moje zamczysko (twierdza warowna, projekt autorski). Położyłam się, w sufit popatrzyłam. Kategorycznie odmówiłam wstawania, dopóki nie dojdę do Istoty Rzeczy.

Doszłam.

Słyszałam, że we mnie buntu za dużo, pasji i demonów; że muszę się dostosować, bo jak tego nie zrobię, to zginę. Bo tak się nie da, dziewczyno! Bo ci zaszkodzi!

…bo podcinanie sobie skrzydeł, żył, odcinanie powietrza…

jest takie zdrowe. Zdrowe jak bezglutenowe śniadanie i sojowe mleko do kawy.

A Rzeczy Istotą jest harmonia. Harmonia między obowiązkiem a zatraceniem, namiętnością i zasadami, chwilą a dłuższą perspektywą. Przyjemnością a odpowiedzialnością, granicą i wolnością. Dlaczego mam płacić za to, że u ciebie to się wszystko wyklucza?

Kaznodzieja, przepełniony własną wszechwiedzą tak bardzo, że aż mu się ulewało, powiedział mi, że potrzebuję stabilizacji. Zdominowana postawą nieznoszącą sprzeciwu położyłam uszy po sobie. To był pierwszy krok do autodestrukcji.

Mogę zrobić z mustanga konia pociągowego, tylko po co? Mogę wilka przywiązać do budy i nie spuszczać z łańcucha, tylko po co? Tygrys w klatce też jakoś żyje, tylko czy ktoś pytał tygrysa o zdanie?

Bo widzisz, miły Zarządco, ja nie potrzebuję stabilizacji. Nie w tym momencie mojego życia, a ciężko mi powiedzieć, jak to będzie za chwilę…  Ja mam ją TERAZ zapewnić mojemu dziecku i robię to. Sama. Bo nic oprócz mnie nie jest mi do tego potrzebne. To MOJA ciężka praca. Sobie  potrzebuję zapewnić ogień w kieszeni, wiatr we włosach, zapach świeżych jabłek, wzruszenie melodią, cierpki smak wina i gorzkich ust skażonych tytoniem.

Ostatecznym dowodem na istnienie Boga są przedziwne spotkania i sploty wydarzeń. Jak na zawołanie zaczął wiać wiatr, a ja postanowiłam wyjść mu na spotkanie, bo wieje dokładnie w ten świat, z którego wyszłam. Do tego zawiał bardzo osobowo i ekscytująco niewłaściwie.

Widzimy się tutaj: https://www.facebook.com/events/684966101679407/

Scenariusz przewiduję ten sam co zwykle: obserwacja z boku, unoszenie brwi do góry, odrobina prychania, zbieranie doświadczeń. Był taki moment, kiedy kompletnie mnie to znudziło. Zblazowana, pretensjonalna królewna na imprezie kosmitów. Za mało pewna siebie, żeby  zmienić kolor na zielony i dokleić czółki. Aż do pewnej sympatycznej rozmowy w palarni, która przywróciła porządek Wszechrzeczy.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s