Niedźwiedź

To nie jest historia o wielkim romansie i bajecznej miłości, chociaż jest tu mężczyzna. To historia pod rozwagę dla (chyba) każdej kobiety z kalejdoskopem w głowie, a dla samotnej mamy w szczególności. Trochę mnie czasu i przemyśleń kosztowało, żeby o tym napisać, szczególnie, że blogowanie porzuciłam. Dostałam dużo wiadomości, że Kocioł to ja, i że innym to moje pisanie pomaga (dziękuję!). Pomyślałam więc, że skoro mam połowę, to warto dokończyć. Może komuś się przyda, bo ja emocjonalnego stosunku do sprawy już nie mam, ale najpierw ustalmy kilka rzeczy:

1. Jedynym rodzicem (niezależnie od płci, chociaż w naszym kraju dalej przeważają kobiety, chyba że trafi się jakiś wdowiec), nie zostaje się z wyboru. Nigdy. Nawet wybór między większym i mniejszym złem NIE JEST de facto wyborem. I ZAWSZE stoją za tym negatywne doświadczenia. Tylko podejście do nich to sprawa indywidualna. Z tego wynika:

2. Ostrożność przy otwieraniu się na kolejnego potencjalnego partnera jest nie tylko obowiązkiem wobec dziecka (jaki normalny rodzic chce, żeby dziecko przywiązało się do byle kogo?), ale też mechanizmem obronnym, za który, w sumie dzięki Ci Boże. Prawda przykra jest taka, że gro matek lubi się pchać w to samo gówno, z którego wyrwały siebie i swoje potomstwo. A to nie o to w tym wszystkim chodzi.

3. Zauważalne są najbardziej trzy grupy samodzielnych mam, poszukujących partnera: te, które szukają OJCA DLA DZIECKA (czyli najczęściej byle kto – nieważne, czy do mnie pasuje, byle by dziecko miało w domu męski wzorzec), poszukujące partnera TYLKO DLA SIEBIE, bez względu na to, jaki ma stosunek do ich potomstwa z poprzedniego związku, oraz szukające PARTNERA DLA SIEBIE, KTÓRY W PERSPEKTYWIE MA ZOSTAĆ PEWNYM ELEMENTEM STADA, OPIEKUNEM I MĘSKIM WZORCEM DLA DZIECKA. To on wchodzi do rodziny. Dziecko jest bardzo ważne, ale element ojcowski nie dominuje przy wyborze – jest równorzędny. Czyli jednocześnie kobieta wybiera gościa, który do niej pasuje, ale nie dopuszcza do siebie nawet Faceta Pozornie Dla Niej Idealnego, jeśli ten nie umie w odpowiedni sposób podejść do jej dziecka. Bo jeśli nie umie, to nie jest facetem dla niej. Proste? Proste.

4. Nie, mężczyźni NIE BOJĄ się dzieci. Nie spotkałam się do tej pory z żadnym, który miałby większy problem z dzieckiem. Problem stanowią ewentualne niejasne/niespokojne relacje z byłymi partnerami. Kwestia tego, że ja się z tym, że mam dziecko nie kryję. Z synka jestem bardzo dumna. Pasuje ci to? Okej. Nie pasuje? Odpuść.

Historia z Niedźwiedziem zaczyna się tam, gdzie nuda od gipsu przeszła mi przez żołądek i wyszła uszami.

Bardzo niepiękny facet, który na dzień dobry trącił TĘ strunę. Zdarza się. Jeden na bardzo wielu ma mi cokolwiek interesującego do powiedzenia. Czasem jedno zdanie wystarczy, trzy słowa chociaż (odpowiednio zestawione), żebym wiedziała, że być może to jest człowiek, z którym w ten czy inny sposób zagram koncert. Zazwyczaj na takim koncercie gitarzysta zarzyga scenę, perkusista wchodzi bez pałeczek, a naćpany wokalista rzuca się w tłum, którego wcale nie ma. Na końcu wszyscy umierają.

Problem polega na tym, że facet, który moją uwagę przykuje, najczęściej jest niedorobiony/niedorozwinięty emocjonalnie i/lub życiowo niezaradny. Za to ma bardzo (bardzo, BARDZO) wysokie IQ, talenty przeróżne i ogień w oczach. Nic na świecie mnie tak nie kręci, jak mózg. Jak już ustalę, iż w istocie ten mózg jest i to duży, głęboki, pojemny, złośliwy i do abstrakcji skłonny, zarejestruję przypadkiem fakt, że właściciel mózgu nie dość, że rozumie, co do niego mówię, to jeszcze potrafi gotować… to uszy nadstawiam, węch wyczulam. Odkąd mam syna na życiową zaradność bardzo zwracam uwagę, bo nie chce mi się zamiast chłopa kolejnego dzidziusia do niańczenia dostać. Selekcja jest dość ostra, szybko zwiewam. No i teraz ŚWIADOMIE staram się unikać gości niestabilnych, bo wyczulone mam zmysły i intuicji słucham, chociaż czasem jeszcze niedowierzam. Bo robić coś świadomie, a podświadomie przyciągać, to też inna para kaloszy… Jako istota cudna, ale po przejściach, wiem, że mnie jako kobiecie, jednostce osobnej od dziecka, pokręceniec wcale nie pomoże (a wręcz bardzo zaszkodzi). O tym, że jak mnie coś zaszkodzi, to zaszkodzi i Szeregowemu, to nawet nie wspomnę. Stała czujność.

Przez tę czujność kilku wielkich bied sobie oszczędziłam. Potem pojawił się Rycerz, a na mnie spadło oświecenie i znowu zrobiłam się miękka i całkiem do rzeczy. Nic już nie było (i nie będzie), takie jak przedtem. Do zestawu cech wymaganych oprócz mózgu, nieodwołalnie dokleiły się inne i zyskały status Absolutnie Nienaruszalnych. Przez ten bardzo dziwny splot wydarzeń, co się był zadział wcześniej, to właśnie Niedźwiedź przewalił się przez (prawie) wszystkie moje filtry (jak Godzilla przez miasto Nemuro), a nie ktoś inny. Ostatecznie ja go specjalnie blisko nie dopuściłam, a on miał tyle przyzwoitości, że się wycofał widząc, że celu nie osiągnie. Wycofał w sposób, który przy odrobinie dobrej woli i wytężeniu wyobraźni, może uchodzić za elegancki. Oczywiście tylko wtedy, jeśli się nie skupiać na tłumaczeniu całej akcji ze świrniętego na normalne, bo jak już przetłumaczone zostało, to zgniłym jajem pachnieć zaczęło. I tymże właśnie od początku było, tylko moją ulubioną Chanelką spryskanym. Ale to nieważne, bo ważniejsze w tym wszystkim jest:

Niedźwiedź pokazał mi jeszcze raz, jak chcę, żeby było. Tylko niekoniecznie na drugiej randce. Że jak zapala mi się czerwona lampka, to znaczy, że mam absolutną rację dystansując się bardziej.

Niedźwiedź udowodnił mi, że stare schematy lubią się powtarzać, ale również to, że mam nad tym więcej kontroli (chociaż w pewnym momencie zaczęła mi uciekać. Ta kontrola).

Że dalej lecę na to samo co wcześniej, tylko po mocnym tuningu, a to wiele nie zmienia.

I że być może wcale nigdzie nie istnieje inspirujący wariat, z którym da się żyć, bo chyba dwóch pokręceńców żyć razem nigdy móc nie będzie. Głównie dlatego, że w jakimś momencie coś każdemu z osobna nie styka na złączach, a to się przekłada, jeśli nie na podejście do życia, to na podejście do drugiej osoby i na sposób zaspokajania swoich potrzeb. I wylezie prędzej czy później, co u facetów najczęściej kończy się podpisem „straszny kutas” na czole. Czyli, być może, uschnę. Bo ja schnę jak nie jest interesująco, ciekawie, gorąco, niestandardowo, abstrakcyjnie. Za co zostałam bardzo mocno opierdzielona i poddaję to właśnie krytycznej weryfikacji, bo na tym koniu daleko nie zajadę.

I teraz najważniejsze:

to był pierwszy raz, kiedy pomyślałam, że być może będzie warto i nie odwróciłam się plecami stwierdzając, że miło było, ale cześć. Gość potrafił zrobić dobry mikroklimat, a ja postanowiłam się temu poddać. Momentami miałam wrażenie, że on tylko przez zupełny przypadek nie funkcjonował do tamtej pory w mojej przestrzeni.

Bo to tak działa: jak nie czuję, że BYĆ MOŻE warto, to mam gdzieś i stosuję młoto-technikę (taka spychotechnika, tylko jeszcze zostawiasz za sobą martwe emocje. Albo martwych ludzi. Albo jedno i drugie). Jak poczułam – zdjął mnie strach. Panika mnie zalała, jak zalewa się ogórki octem. Podstawy jak najbardziej do niepokoju były, biorąc pod uwagę małe czerwone diody LED, które Niedźwiedź wspaniale przykrywał swoimi  łapami. Było to doświadczenie maksymalnie wyzwalające. Ten krok, w którym po takim czasie POZWALASZ sobie, już nie pozornie, a całkiem realnie, poluźnić własny gorset ograniczeń i samodyscypliny. W granicach rozsądku, ale to właśnie normalne. Z samozamordyzmu weszłam na Spokój Święty.

Chodzi mi po prostu o to, że jeśli już znajdziesz mężczyznę, który do ciebie pasuje i czujesz, że Być Może, to do niego wyjdź, tylko bardzo ostrożnie (ej, masz dziecko! I siebie też masz tylko jedną na całe życie). Możesz trafić na kolejnego chuja, ale zachowując zdrowy rozsądek wymiksujesz się bezboleśnie, albo prawie bezboleśnie. A możesz też wcale na chuja nie trafić, tylko na mężczyznę, któremu zależy właśnie na tobie, który wie czego chce (a chce właśnie ciebie, zna ciebie – osobę i ciebie – mamę) i jest bardzo okej. Głupio by było tego nie sprawdzić.

Niedźwiedź nie zdążył być dla mnie ważny. Bardziej jest  doświadczeniem niż osobą. Pozytywnym doświadczeniem. I myślę, że mijając go na ulicy, uśmiechnęłabym się do niego bardzo ładnie i całkiem szczerze. Chociaż… może właśnie wcale nie?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s