Dzień z życia priorytetów matki – ujęcie ekonomiczne

Prawda jest taka, że portfel mam raczej cienki. Cienki jak  wkładka higieniczna. W przypadku portfela niekoniecznie jest to równozanczne z  podniesieniem komfortu życia, w przypadku wkładki – jak kto lubi. Wszystko mam wyliczone, zaplanowane, tyle mogę, a tyle nie mogę. Że na sobie żydzę, to już kiedyś pisałam. A i tak brakuje – posiadanie dziecka jest po prostu drogie i ciężko się dziwić, że niektórzy się nie decydują. Jeśli chodzi o sytuację ekonomiczną nie jestem jakimś wyjątkiem na skalę kraju, wręcz przeciwnie, to takie przeciętniactwo, jak nie starcza na niektóre rzeczy od przelewu do przelewu. W zasadzie chyba majnstrim. Trochę to smutne i  500+ tego nie zmieni, a jedynie remont systemu od podstaw, który nikomu się nie opłaci. No, może obywatelom, ale to najmniej istotne. Naszą dziurę budżetową pomagają mi łatać rodzice. Nie zmienia to faktu, że pulę pieniędzy do wydania na siebie mam skrupulatnie wyliczoną. Na styk., bo nawet żydzić na sobie staram się z głową.

W każdy poniedziałek jeżdżę do pana Adama. Pan Adam jest bardzo mądrym facetem, więc w sumie traktuję to jako rozrywkę i przyjemność, bo fajnie tak sobie pogadać z kimś mądrym. A do tego wyluzowanym, co w przypadku mojej wewnętrznej zapiętej agrafki i nabytej surowości drogą doświadczeń, bywa bardzo odświeżające.

Tak się złożyło, że co poniedziałek, zanim dotrę do pana Adama, mijam sklep z zabawkami. I tu się zaczyna kłopot. Pod sklepem siedzi rudy kot i ja wiem, że czeka na mnie. On zaprasza, on woła. I za każdym razem moja odpowiedź jest identyczna: wchodzę do sklepu i wariuję. A ma pani to? A ma pani tamto? Mój syn musi to mieć! Tyle mnie ratuję, że staram się być matką trzeźwo myślącą, a nie podążającą za instynktem i potrafię sobie w porę przypomnieć, że mój syn NIC nie musi (oprócz tego, że do pewnego wieku mnie słuchać). Że to JA CHCĘ, żeby coś miał, bo to MNIE SIĘ WYDAJE, że go to ucieszy. On mi tego nie powie, będzie się bawił albo nie, a akurat w tym momencie najlepszymi zabawkami są listwy przypodłogowe, plastikowe butelki i kartony po mleku. Więc udaje mi się przystopować, wydaję więc na zabawki co któreś podejście. Wiem, że mój syn NIE POTRZEBUJE tak na prawdę być zasypany zabawkami i TO MNIE sprawia przyjemność kupowanie mu rzeczy zbędnych.

Sukces? Połowiczny! Bo nie posiadam ŻADNEJ samokontroli przy książkach dla dzieci (których mój syn również jeszcze nie ogarnia, za to chętnie je gryzie). Na książki dla dziecka potrafię wydać tyle z mojej puli pieniędzy, że potem bardzo cienko piszczę. Bardzo cienko. Ojjj, jak ja piszczę.

Na książki i, co jakiś czas, zabawki, wydaję: moje buty, moje książki, mój motocykl, moje auto, moje mieszkanie, moje ubrania i moje kosmetyki.

Niby pieniędzy nie ma, a jak przychodzi co do czego, to tam się uszczknie, tu się uszczknie i jest. Na studiach tak było z piwem. Na jedzenie nie ma, na ksero nie ma, ale na piwo zawsze się znajdzie. Myślę, że student – piwo to takie samo połączenie jak matka – dziecko, patrząc pod względem wydawania pieniędzy i priorytetów. Chociaż mam dziwne przeczucie, że porównanie dziecka do browara może być ryzykowne.

 

Reklamy

Jedna myśl na temat “Dzień z życia priorytetów matki – ujęcie ekonomiczne

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s